huśtawka pomiędzy "bez"


...




Jest grudzień. Dziki w poszukiwaniu resztek jedzenia wyrzuconych przez pacjentów, podchodzą niemal pod sam szpital, pozostawiając głębokie ślady w śniegu. Obserwuję je z wysoka. Krajobraz jest zatarty bielą.
Kilka dni wcześniej, będąc w trzydziestym szóstym tygodniu ciąży, dowiedziałam się, że moje dziecko nie przeżyje w tym świecie na zewnątrz.


Jestem zawieszona. Tkwię wrzucona w próżnię między teraz, a potem. Położenie to jest beznadziejnie usytuowane. Wyobrażam sobie z trwogą to potem, co budzi we mnie przepełnione strachem obrazy, które jeszcze wielokrotnie los miałby rozbijać na mojej głowie. Zżera mnie ogromne poczucie żalu. Smutek nie odnajduje żadnego ujścia, bo to w końcu szpital. Tu można założyć słuchawki z krwawym serialem na tablecie i po prostu spróbować przeczekać. Innym razem rozciągać, jak gumę każdy moment pomiędzy jednym, a drugim uderzeniem serca mojego dziecka słyszanym na ktg. Spijać te momenty łapczywie, by starczyło na potem, gdy łaknienie będzie zabójcze. 
Warunki szpitalne pozwalają przetrwać i nie mdleć z poczucia bezradności, bo szpital nie pozostawia szans na intymność i izolację. To czasem dobrze. 

Nocą salowa przy zgaszonym świetle bezszelestnie mopuje podłogę, cichutko manewrując pomiędzy naszymi łóżkami.
Którejś takiej nocy śni mi się huśtawka. Taka zwykła, ogródkowa, dwuosobowa. Siedzę na niej, patrzę w dal, na przestrzał i widzę tylko nienazwany i niezdefiniowany ogrom przestrzeni. 
W tym śnie na ławce obok siedzi moja mama. Spokojna i zadowolona, bo własnie zaliczyła udaną wizytę u fryzjera. Bujamy się lekko. Nie mówimy nic. Jest szczęście. Śni mi się beztroska.
Kiedy budzę się rano, czuję bardzo namacalnie, jak ogromnie jej łaknę i do niej tęsknię. Jak bardzo stan mój zawieszenia >>pomiędzy<< mnie jej pozbawił. Jak poczucie bezradności odebrało mi beztroskę.
Jak bardzo przedrostek 'bez' w języku polskim definiuje poczucie straty? Wiem, czym jest beznadziejne i bezradne poczucie rychłej straty i przedwczesna żałoba. Być może wtedy, by odnaleźć odrobinę ulgi, trzeba we śnie odchylić się na huśtawce?

Lekarze się pomylili. Pitek chce żyć, krzyczy pełną piersią. Mijają miesiące mojego bujania się po mieście z niemowlakiem i obijanie od drzwi do drzwi kolejnych specjalistów, a informacja zwrotna w klimacie: "Hmm... Jest ok. Do obserwacji" konsternuje do bólu i tworzy zawieszenie, w którym utracona nadzieja wraca bardzo powoli, stopniowo i fragmentarycznie. Czasem jest tak namacalna, że daje się dotknąć, po czym umyka, popędzana wspomnieniem strachu. Zawsze w takich samych sekwencjach.

Ósmego maja wczesnym rankiem przyjeżdża pan, którego znalazłam na olxie. Wraz ze swoim pomocnikiem rozglądają się łapczywie po naszej sielankowej przestrzeni przydomowej. Poranne słońce jeszcze ciut pomarańczowymi plamami przebija przez korony drzew, kiedy wyciągają belki z furgonetki. Jest przyjemny chłodek, choć już wiadomo, że dzień będzie niezwykle ładny. Po godzinie mam huśtawkę. Wstrzelili się w moje urodziny. Jest mi miło i dziękuję.

P'tek - dziecię nieutracone.


Czuję beztroskę.

Nie utraciłam dziecka. Tak naprawdę nawet nie wiem, ile brakowało. Nie mam też pojęcia, ile rzeczywiście by mnie to kosztowało. Po tym czasie, który upłynął i przeżyciach, które zostały mi dane - wiem, że pomiędzy beztroską a bezradnością/beznadzieją pozostaje już tylko czas i pamięć. I chciałabym, żeby wszyscy Rodzice, którzy zaznali tak niewyobrażalnie ogromnej straty, potrafili z czasem odchylić się znów w stronę beztroski. Tego im życzę całą sobą.

Moja huśtawka zawieszona pomiędzy słowami z przedrostkiem "bez".

Fot. małżon P.W.

Fot. małżon P.W.

Fot. małżon P.W.

Fot. małżon P.W.

Fot. małżon P.W.


Moja huśtawka po stronie beztroski.

Komentarze