suburbiowy halloween vel dziadoween

Pomyślałam, że napiszę ten post, gdy tylko zobaczę znów na fejsie (jak co roku) Mickiewicza z hasłem "Halloween? Dziady, idioto!" Czas po temu. Obrazek ten pojawia się sezonowo zawsze mniej-więcej o tej porze roku. Jeśli ktoś ma tę cierpliwość, niech doczyta do końca, bo mam dla Was niespodziankę.

Ciekawa jestem, czy gdybym otworzyła drzwi w Halloween i zamiast niemrawego "cukierek albo psikus!", usłyszałabym zatrważający szept: "cicho wszędzie, głucho wszędzie... daj cukierka!" - to dałabym ich mniej, czy więcej?


Zawsze daję sążną garść. Ja też się przebieram i dbam o to, by z tejże okazji mieć wszystkie kolory farbek do twarzy pod ręką. Po prostu dla mnie każda okazja do przebrania się i wyjęcia zmierzwionych peruk z szafy jest dobra.
Chyba jestem po prostu poganką z krwi i kości. W dodatku taką ochrzczoną i wybierzmowaną.


Z Halloweenem w kulturze rodzimej - polskiej, suburbiowej vel podmiejskiej - spotkałam się po raz pierwszy dopiero z 10 lat temu, kiedy przeprowadziliśmy się do Mirkowa pod Wrocławiem. Kiedy mieszkałam jeszcze w centrum miasta, nie zdarzało mi się otwierać drzwi potworkom i gnomom. Bynajmniej nie dlatego, że akurat byłam zajęta przekładaniem koralików różańca. Raczej dlatego, że nikt nie pukał.


W Mirkowie dekadę temu po raz pierwszy dziwne zjawy zapukały do naszych drzwi. Dzieciaki z okolicy zbijały się w małe grupki i szły przez wiochę. Jeden miał wampirze zęby, drugi perukę, a trzeci wysmarował się keczupem. Trzech pozostałych się nie przebrało, ale skryci z tyłu na drugim planie wierzyli, że nikt tego nie zauważy. Wyciągali nieśmiało przez siebie reklamówkę z biedry, kompletnie bez przekonania, bo były to czasy, gdy tak na serio przecierało się halloweenowe szlaki na polskich suburbiach. Oni własnie utorowali drogę wszystkim małym wampirkom i wilkołakom dziś buszującym po dzielni. Dzięki nim wiemy dziś, do których drzwi dzwonić, a do których lepiej nie. Gdzie ludzie otworzą? Gdzie będą udawali, że nikogo w domu nie ma? A gdzie wyskoczy babcia X i zwyzywa wszystkich od niewdzięcznych pogan. A potem pójdzie do kościoła, bo przecież ktoś musi pomodlić się za ich grzeszne dusze.



Przyznaję, w pierwszym roku nie byłam przygotowana. Kiedy usłyszałam pierwszy raz "cukierek albo psikus", prosiłam o psikusa, albo o powtórne odwiedziny za godzinę, kiedy będą już cukierki.
Z każdym rokiem dzieciaki specjalizowały się coraz bardziej w jakości swych przebrań. Starały się coraz bardziej. Zniknęła jedna reklamówka z biedry na dziesięć łebków, pojawiły się wymyślne maski, kaptury, peleryny, sztuczna krew. Wydaje mi się, że każdego roku rozdajemy więcej cuksów, czasem nam ich nie wystarcza.


Czasami otwierałam drzwi tym niepewnym dzieciakom i siliłam się na obłęd w oczach, dzierżąc w dłoniach wielki nóż kuchenny utytłany w keczupie, a ich standardowy tekst urywał się na "cukierek albo...". Mój brat specjalizował się w straszeniu przybywających dzieciaków w czasach, gdy jeszcze nie brzydził się nałożyć maski głowy konia. Psikus może działać w obie strony.


Z czasem, gdy moje własne dzieciaki podrosły, zaczęliśmy też wychodzić na wieś. Mam swój strój wiedźmy, wyszarpałam w lumpeksie też dużego kościotrupa dla swojego małżona. Obserwuję swoje latorośle, jak drżą z podniecenia i kompletują stroje, jak w pełni zaangażowane tworzą straszne dekoracje, a potem z wyuczonym niepokojem wychodzą w mroźną ciemność i naciskają guziki domofonów. Jak w tej emocjonującej, opętańczej wyprawie po słodkości wszystkie ich silne emocje sprawiają, że tracą poczucie zimna. Kiedy nagle ono do nich dociera, wracają szczęśliwi i ten jeden jedyny dzień w roku opychają się cukierkami bez ograniczeń do bólu brzucha przy halloweenowej playliście i rodzinie Adamsów.
Siła oddziaływania tego momentu, kiedy wychodzi się w ciemną noc i czuje się obecność prawdziwych ludzi (paradoksalnie nie potworów!) maszerujących po ulicach i serdeczność matek, które otwierają z uśmiechem drzwi - mam czasem takie wrażenie, że to taka trochę odrealniona sytuacja raz do roku, gdy czuje się sąsiedzki pozytyw. Jedność, która w suburbiowej sypialni miasta pojawia się dziwnie rzadko.


Tak, wiem, że my też mamy swoje tradycyjne święta. Polegają na wyciszeniu i zadumie. Na wspominkach przy grobie bliskich. Opowiadamy naszym dzieciakom o zmarłych dzień później, spacerujemy z tłumem po Osobowicach, zapalamy świeczki. W tym roku będziemy też oglądali zdjęcia z bliskimi, których nie zdążyli poznać. Jest czas i miejsce na wszystko. Nasza rzeczywistość na szczęście zdaje się być całkiem pojemna i na serio nie zrozumiem mieszkańców posesji ze skrawkami srajtaśmy na bramkach i pastą do zębów na klamkach. Zamknięcie się na okoliczność dziecięcego dreszczyku i uśmiechu jest dziwaczną i bezcelową izolacją. Czemu ma ona służyć? Wszak nie trzeba świętować Halloween, aby dać komuś garść cukierków, wywołując radosny uśmiech. Garść cukierków to niewiele, choć tak bardzo dużo. Sprawdźcie to.


Czasem z jakichś masochistycznych pobudek czytuję takie bełkotliwe wypociny o tym, jakież to spustoszenie w dziecięcych umysłach sieje "ten cały Halloween". Jakież to nieodwracalne zmiany zachodzą w ich plastycznych móżdżkach przez te wszystkie plastikowe nietoperze, gumowe pająki i pajęczyny w spreju. Trochę mnie to śmieszy, a trochę straszy, że ktoś produkuje takie projekcje. W Halloween powietrze i tak jest naelektryzowane dziwnością. Zwolennicy Mickiewicza i "Dziadów" też odnajdą w nim część wyliniałego mistycyzmu przyodzianego w plastik.
Dla mnie jest zupełnie nieistotnym, czy będzie to słodka groźba "cukierek albo psikus", czy nasze rodzime pogańskie "cicho wszędzie, głucho wszędzie..."?
Puk-puk-puk...

A na koniec niespodzianka! Rozdaję torby na cukierki! Żarcik... Nikt już w tym roku nie zdąży ich na cukierki wykorzystać. Przynajmniej nie w Halloween ;-) Za późno Wieszcza Adama na fejsie ujrzałam :P

A tak na serio - to są torby bardzo użyteczne i poprawne w dobie słusznej mody na zero waste. I do tego z klasą. Bo z Wieszczem.

Niech mi tylko ktoś wyłuszczy w komentarzu, za co kocha Halloween lub za co go nie znosi. Torba za zaangażowanie! W czymże Dziady rządzą? Udostępnienia mile widziane.

(Toreb jest 6. >>słownie: sześć<< Zastrzegam sobie nieodwołalne prawo do przydzielenia tychże sześciu toreb kreatywnym osobistościom, które skomentują pięknie tego posta. Informuję, że mogę nie podać  powodów i przyczyn mej decyzji przydziału toreb. Ale pewno i tak Wam powiem kto i czemu je dostanie. Komentować można do wieczora do godziny 20.00 na fejsie lub/i instagramie).

Komentarze