Przejdź do głównej zawartości

okołonoworocznie.

Dzień dobry. Wczoraj szary świat płakał. Akurat zawsze kiedy pada, jest mi łatwiej zebrać myśli. Nie ma ich aż tak wiele. W sumie tylko kilka, ale za to takie, z którymi szamoczę się bezmyślnie od jakiegoś czasu, więc może dobrze mi zrobi nazwanie ich słowami.

Weszliśmy w Nowy Rok. Czy z hukiem? W pewnym sensie. Co roku kolejne miasta i miasteczka rezygnują z fajerwerków w imię dobrego samopoczucia czteronożnych przyjaciół, jednak zawsze możemy się spodziewać wyraźnych i dobitnych sztucznych ogni i kaskad pierdyliona przypałów w naszych głowach. Przynajmniej ja tak mam.

Nie zawsze to lubię i nie zawsze to jest miłe. Wiem, że Sylwester to tylko rocznica śmierci papieża Sylwestra I, nie wyznacza żadnego rzeczywistego przełomu i generalnie to dzień/noc, jak każdy inny. Niby. Bo jednak zawsze to umowny koniec i początek. Zawsze wywołuje we mnie dziwaczny i niezidentyfikowany na pierwszy rzut oka smuteczek.

W tymże sezonie "zimowym" jednakże smutek ów jest jakoś szczególnie intensywny i niezrozumiały. Długo próbowałam rozkminić, gdzie znajduje się jego źródło. Bo trochę uniemożliwiał mi codzienne egzystowanie, choć nie trzeba było robić nic. Bo święta. Bo wolne.  Bo można się pokisić bezproduktywnie bez poczucia winy. Czyżby?
Nie mogłam go z czymś utożsamić spory kawał czasu. Wczoraj zaczęło mi świtać, że jest to wynikiem braku sprawczości. Że moja codzienność się nie dzieje z mojej przyczyny, nie jestem jej panią. Ona się zadziewa wraz z nastaniem popłochu poranka, poprzez walkę bezruchu popołudnia aż do sflaczenia okołowieczornego - zatapia mój byt w lepkiej masie rutyny. Gdzie tu jest sprawczość?

Sabotowałam swoje czwarte dziecko - galerię Smirkova wielokrotnie. Każdy pomysł, który mi przyjdzie do głowy, musi mi odtajać. Nie pokazałam Wam pomysłów, które przyszły mi do głowy jeszcze rok, dwa temu. Czemu tak się dzieje?


Wrzuciłam swoje pozłacane miski i talerzyki na smirkova.com na kilka dni przed wigilią (tak, że w życiu by do was nie doszły), choć leżały na mojej półce już kilka miesięcy.


Porzuciłam swoje szczurze historie - kolaże leżą odłogiem na dysku. Obrazy malarskie stoją oparte o ściany i czekają na lepsze czasy. Czy nadejdą?

Po głowie chodzi mi realizacja różnych pomniejszych pomysłów i projektów, które wciąż dopycham nogą do szuflady. Autosabotaż nie jest mi niczym nowym. Chwilowo nie potrafię się z nim zmagać. Nie wiem, jak radzą sobie z tym ludzie, którzy po prostu robią Coś.

To taki rodzaj braku sprawczości, który się bagatelizuje i on albo boli, albo wkurwia, albo się go przezwycięża, ugłaszcze i idzie się dalej. Jest jednak również gorsza jego odmiana - poczucie, że nie masz wpływu zupełnie na nic.

Choćbyśmy żyli mega ekologicznie i zastosowali się do wszystkich zasad "ekożycia" w poczuciu jedności z planetą Ziemią - i tak prawdopodobnie nie unikniemy już podniesienia średniej temperatur o te felerne dwa stopnie, co wiąże się z paskudnymi nie tylko dla nas konsekwencjami. Nie jestem eko-indoktrynatorką ani ekofanatyczką, nie jestem święta i jadam w Mc'u. Ale przejrzałam ostatnio w internetach setki zdjęć z Australii i muszę przyznać otwarcie - że taki rodzaj braku sprawczości po prostu dobija.

Nie mam też wpływu na brak śniegu, przez co odczuwany smutek jest pewno dobitniejszy, bo jak nie ma śniegu, to nie ma światła. Jak nie ma światła, to jest dół.

Nie mam wpływu na upływ czasu, na innych ludzi (to akurat całe szczęście), na cierpienie, czy na głupotę też nie.
Pociągam nosem, choć obiecuję sobie, że dziś skreślę ze swojej "to do listy" jedną rzecz. I już wiem, że nie mam wpływu też na siebie. Kto tego nie zna?

Dobrego i sprawczego Nowego Roku Wam życzę w ciut spóźnionych życzeniach. Amen.

Komentarze